Zlot NPM - maj 2009

27/5/09

Rzecz traktować będzie o tzw. Zlocie Forum NPM.  Chociaż miał on miejsce niemal dwa tygodnie tem, wciąż lubię wracac do niego myślami. Zanim jednak doszedłem na miejsce rzeczonego spotkania, dojechać musiałem do niejakiej Skawicy. Jadąc w piątek popołudniem liczyłem się z rzeszami wracajacych z pracy, ale - jak to się mówi - rzeczywistość przerosła moje wyobrażenia. Niejaką kulminacją tego typu doświadczeń była podróż busem z Krakowa, którą odbyłem stojąc na jednej nodze, dzięki czemu kierowca pobił zapewne rekord: ile osób upcham w swoje autko.

W Skawicy zaczekałem na koleżanki jadące z Wrocławia. Przyjechały dosć późno, więc i na szlak weszliśmy około północy. Marsz ku schronisku na Hali Krupowej oświetlały mi gwiazdy oraz czołówki koleżanek. Czułem się dobrze i pewnie. Po godzinie i 8 minutach marszu doszliśmy do schroniska, w którym pierwsi uczestnicy zlotu siedzieli nad pierwszymi piwami. Wypiłem wino. Sen przyszedł szybko, ale nie na długo. Nie dosć, ze położyliśmy się dosć późno, to jeszcze spałem na podłodze w jadalni, do której od 6 wchodziła pani z obsługi schroniska. Z drugiej strony - nie przyjechałem na Zlot spać! Po porannej kawie wybrałem się na przechadzkę z Maćkiem i Deirą, po drodze spotykajac co raz to nowych, nadciagajacych z wszystkich stron forumowiczów.  Kulminacją Zlotu było ognisko, w którym jednak nie brałem udziału: po ponownym zejściu z Dc do Skawicy po jego dziewczynę, nie miałem na nie specjalnej ochoty. Siedziałem w cieple jadalni bawiac sie rozmową z poznanymi w wirtualnym świecie znajomymi. Znowu wypiłem wino a do niego - to zasługa Bacy - ostatnie piwo. Siedząc i niespiesznie popijając je, wyszliśmy z Maćkiem jako ostatni i grzecznie poszlismy spać.

Następnego dnia - jak to wcześniej zostało ukartowane -  poszedłem z Lele i Aweszem ku Babiej Górze. Zrazu odprowadzani do przeł. Krowiarki przez część zlotowiczów, później sami w pięknej pogodzie zdobyliśmy szczyt. Było to moje pierwsze wejscie na Babią a widoki były z niej dalekie. Z Babiej zeszliśmy do bacówki na hali, której nazwę sobie zachowam. Tam, przy rozpalonym i pilnowanym przez Awesza ognisku, przy rozgwierzdżonym niebie, poszliśmy spać. Następnego dnia, w upale, doszliśmy do schroniska na Hali Miziowej, skąd wyprawiliśmy się - tuż przed burzą - na Pilsko. Następnego dnia - smutny powrót do wesołego domu. 

Powyższe słowa nie oddają ani nie wyrażają emocji, które mi towarzyszyły w trakcie pobytu w Beskidzie Żywieckim. Wspólny pobyt oraz wędrówka z poznanymi tam ludźmi dały mi dużo radości, siły i szczęścia.  Choć minęły niemal dwa tygodnie od tych kilku dni spędzonych wspólnie z nostalgią wracam ku wspomnieniom wtedy powstałym, z nadzieją wyglądam kolejnych wspólnych górskich wędrówek.