Tatry - czerwiec/lipiec 2009, wrzesień 2008

czerwice/lipiec 2009

Hm. Mam mieszane wakacyjne wspomnienia: z jednej strony - po raz pierwszy od lat nie mam co narzekac na towarzystwo. Zwykle jeździłem sam, więc mogłem już być sobą - po latach - znudzony. W tym roku zaś miałem w górach miłe towarzystwo.  Jedynie w wyjeździe do słowenii nikt nie mógł mi towarzyszyć - może szkoda, bo jednak wędrówka w czyimś towarzystwie również daje dużo radosci i spełnienia. Z drugiej jednak strony - takiej liczby kontuzji i innego rodzaju nieszczęść wcześniej nie miałem. Szcześliwie, wraz z końcem wakacji, skończyła się pechowa passa, zaczęła owocna praca. 

Pierwszy wakacyjny wyjazd to wyjazd w wysokie Tatry słowackie - nocny pociąg przyjeżdża do Zakopanego spóźniony, więc to nie ja czekam na Kasię, ale ona na mnie. Kasia, przyjaciel z forum npm.pl, przyjechała wcześniej, autobusem z Bielska. Ja pociągiem z Warszawy, zmęczony, po nocy spędzonej najpierw z podlotkami pilnowanymi przez dziarskie i podejrzliwe zakonnice, później - z trzema miłymi dziewczęciami, które, niestety, pomyliły części pociągu - jechały ze mną w  części do Zakopanego, a nie - jak chciały - do Krynicy.

W kazdym razie. W Zakopanym - pogoda pod psem. Leje, jest zimno. Kasia po raz pierwszy w Tatrach, więc trudno powiedzieć by zakochała się w nich od pierwszego spojrzenia. Gdy spojrzała - widziała niewiele, tzw. widoków - żadnych. Syf.  Krudno się zakochać. Ruszamy ku granicy. Za nią kierujemy się na szlak, by przełęczą dostać się na Drogę Wolności. Idziemy pod górę i leje. Nie ma widoków na widoki. Szkoda. Dochodzimy do przełęczy - trochę się rozwiewa, widać co nieco. Deszcz jakby ustaje. Szybko dochodzimy do przystanku autobusowego, suszymy się,  a autobus dowozi nas do Novej Lesnej, gdzie trafiamy na pewną kwaterę u p. Szymona. 

Następny dzień zapowiada się raczej nieciekawie. Chmury połknęły Tatry. Pogoda raczej deszczowa. Ruszamy na Sławkowski. Idzie nam się dobrze, dosć szybko. kasia bała się tatrzańskiej ekspozycji, ale przekonuje się, że - przynajmniej na Sławkowski - wejsć można bez strachu. Na szczycie - mleko i pusto. Takiego dnia, o tak wczesnej porze, wielu amatorów górskich wycieczek zostaje w domu, albo idzie na piwo.  Schodząc ze szczytu myślę, że memu towarzyszowi nie koniecznie takie wycieczki musza przypadać do gustu: zimno, wieje, nic nie widać, a na domiar złego: wracamy tą samą drogą.

Kolejny dzień, dzień kretyna. Idziemy na przeł. Furkotską. Znowu pogoda niepewna. Po drodze dwie, trzy pary turystów. Wiatr od czasu do czasu przepędza chmury: coś widać! Mijamy po drodze wodospad: wspaniałomyślnie daję go w prezencie Kasi: ma dziś urodziny, zasłuzyła! Szybko dochodzimy do celu. Samo przejście przez przełęcz - w śniegu, po łańcuchach, Kasia mknie żwawo, bez strachu, choc zrazu ostrożnie, przechodzi na drugą stronę przełęczy. W dobrych humorach - nie pada! widoki! - schodzimy. Zauważam duży i stromy płat śniegu. Podbiegam na jego szczyt, zjeżdżam na butach, ciesząc się jak dziecko. Kasia namawia mnie do jeszcze jednego zjazdu: moją głupotę warto utrwalić aparatem. No to zjeżdżam ponownie. Idziemy dalej... Ops! Idziemy? Czuję ból w goleni lewej nogi. Ach, najwyraźniej naciągnąłem sobie lub naderwałem mięsień piszczelowy! Zaciskam zęby i pędzę w dół za Kasią. Nogę stawiam wykręcajac lewą stopę maksymalnie na zewnątrz, ale to tylko łagodzi ból, który nie mija. W Starym Smokowcu kupuję żel grrrrr, Fastum. Od razu smaruje umęczoną nogę. Aaaaa...., dobrze.... W Nowej Leśnej idziemy do baru - dziś są urodziny! Cała knajpa się bawi (niektórzy chcą tańczyć na stole, ale p. Szymon szczęśliwie im to wybija z głowy). Wracamy do domu najkrótszą możliwą drogą - tj. m.in.przez jakieś krzony, przez strumień. Nogę na noc obwiązuję bandażem.

Następnego dnia, o poranku, Kasia zauważa, ze moja lewa stopa zrobiła się nieco większa. Hm - rzeczywiscie, wygląda na opuchniętą. Odkładamy wycieczkę w góry, choć świeci słońce, jedziemy do Popradu. Czekajac w słońcu na elektriczkę, smaruję sobie Fastum nogę - ile wlezie. Na swoją zgubę! Z czasem noga przestaje boleć. Wieczorem zaczyna swędzieć.... No cóż, trudno. Następnego dnia, noga zaczyna się czerwienić. Plany są jednak inne - idziemy na Krywań. Pogoda tym razem dopisuje, szybko dochodzimy w pobliże, tym razem zatłoczonego szczytu. Ostatnie metry przed szczytem są dla Kasi wyzwaniem. Nie za bardzo ufając swoim możliwościom staje, staje okoniem, tuż tuż pod szczytem. Kasia ma jednak charakter, więc cierpliwie czekałem na to, aż ruszy dalej. I tak się staje, a ja jestem dumny z waleczności swego towarzysza wycieczki. Z Krywania wróciliśmy inną drogą - zrobiliśmy łacznie tego dnia 27 km. Nieźle, bo końcówkę wycieczki szliśmy w słońcu.

Nastepnego dnia - pada, deszcz zamienia się w ulewę. My jednak, dwukrotnie!, wychodzimy w góry. Dwa też razy zawracamy, z nosami spuszczonymi na kwintę.... Zamiast iść w góry, pijemy więc piwo... Następnego dnia wracamy do Polski, ja do Warszawy, Kasia w kierunku Skoczowa. Moja lewa noga wygląda coraz gorzej: coraz większa opuchlizna, coraz bardziej czerwona, coraz bardziej swędzi. Wygląda coraz gorzej. Po powrocie do domu - lekarz.Okazuje się, ze to reakcja fototoksyczna: nogi posmarowanej żelem fastum nie npowinienem ani bandażować, ani wystawiać na słońce.... Dostaję masę leków (m.in. antybiotyk, różne leki antyhistaminowe itd.), skutki głupoty mijają dopiero po 3 tygodniach....

 

 http://www.youtube.com/watch?v=lTCr4do_rp4&feature=player_embedded

 

 

28/09/08

wróciłem ze słowackiej strony tatr. było śnieżnie... ale - po kolei. wyjątkowo pojechaliśmy samochodem.do schroniska w zverovce dojechaliśmy po 21: z kolacji nici, więc musieliśmy najeść się piwa - tego szczęśliwie nam nie szczędzono. rano (a raczej "rano", bo w tatrach jakoś nigdy nie udaje mi sie z kolegami wstać przed 7...) pomimo mżawki i kiepskich widoków na góry, wyruszliśmy szukać przygody. nie wiedzieliśmy co nas czeka, a raczej: nie widzieliśmy, bowiem chmury wisiały nisko. jak się szybko okazało, dośc nisko leżał i śnieg, a im wyżej, tym - co naturalne - było go więcej. zrobiliśmy wiec spacer wzdłuż grani rohaczy, który zakończyliśmy w wygodnej i przestronnej kolebie, parząc sobie w niej herbatę. następnego dnia, o poranku, było szaro i ponuro, nic nie zapowiadało poprawy pogody, więc uciekliśmy w tatry wysokie. tam, w lekkim deszczu ucieliśmy sobie lekką przechadzkę. następnego dnia, wbrew pogodzie, doszliśmy do zbójnickiej chaty. tam - herbata, kawa, oraz (!) widoki: chmury było poniżej i powyżej nas, a wkoło nas - pięknie następnego dnia, już tylko w towarzystwie jednego kolegi (drugi w taką pogodę się zachorował) wybraliśmy się na sławkowski. od 1900 m. n. p. m. szlismy w pełnym słońcu, nad chmurami. ostatnie 200 metrów przed szczytem - szliśmy zas w dziewiczym, nieprzetartym śniegu, brodząc po kolana. ech, było warto. wycieczka z przystankami na szczyt zajęła mni trochę dłuzej niż zwykle, bo 1h50m.