O idei Fast&Light

W dedykowanym wątku na portalu ngt.pl napisałem o idei Fast&Light coś, co nie chciałbym, żeby przepadło wraz z rozwojem dyskusji. Tą chęcią powodowany, zamieszczam tu to, co uważam za ważne o tym koncepcie

 

 W pewnym sensie ideę fast&light praktykuję od lat - na pewno zanim ktoś, spec od marketingu pewnie, nadał jej to - nieco zwodnicze - określenie. W moim przypadku jej geneza była banalnie prosta - z dużym plecakiem nie byłem - po prostu - być w stanie przejść w sposób subiektywnie bezpieczny alpejskich szlaków lub ferrat. Ograniczenie pojemności i wagi plecaka była więc wymuszoną koniecznością. Plecak 45-litrowy wydał mi się idealnym wypośrodkowaniem pomiędzy koniecznością zapakowania rzeczy na około dwutygodniową wycieczkę a sprawnym poruszaniem się w alpejskim terenie. Mniejszy bagaż pozbawiał mnie komfortu w niektórych typowych sytuacjach, większy - poczucia kontroli w bardziej stromym lub sypkim terenie.

Jak wspomniałem - fast&light uznaję za nieco zwodnicze określenie. Zwodnicze, choć na pewno wpadające bardziej w ucho niż fast because light. A to ostatnie określenie byłoby przecież bardziej adekwatne, bo wyrażałoby rzeczywisty związek między jednym a drugim: jestem szybki, bo jestem lekki. Przy tych samych pozostałych warunkach pokonamy dystans szybciej z mniejszym ciężarem niż z większym. Im większy dystans, im większa różnica w przenoszonym ciężarze, tym różnica w czasie będzie bardziej zauważalna. Tak samo zresztą jak i zmęczenie. "Chcesz być szybszy, odciąż się", "Zredukuj wagę tego, co dźwigasz, a zyskasz a czasie" - tak moim zdaniem powinno się rozumieć ideę. (Co ciekawe istnieją fajne algorytmy - służące biegaczom - pokazujące, jak zmieniałby się czas pokonanego dystansu w zależności od wagi biegacza - z ich punktu widzenia, np. zyskałbym na czasie - przy tym samym wytrenowaniu - redukując moją wagę o 3-4 kg - dalsza redukcja (jak i przytycie) przyniosłaby już pogorszenie wyników)

Czy jednak warto być szybkim? Bo jeśli warto, warto być lekkim.
Wydaje mi się, że odpowiedzi twierdzącej można bronić odwołując się do czynników obiektywnych lub subiektywnych.

Czynniki obiektywne. Góry, rozumiane jako forma ukształtowania terenu, nie są specjalnie naturalnym siedliskiem człowieka. Tym mniej naturalnym są dla nas, im są one wyższe. Przebywanie w nich groziło i grozi dla homo saphiens różnego rodzaju niebezpieczeństwem. Selekcyjna presja nie wytworzyła w nas umiejętności przewidywania lawin, miejsca uderzenia piorunów, umiejętności hibernacji, odporności na wychłodzenie, bez-przyrządowego orientowania się we mgle itd. Wydaje się, że - z przyczyn czysto obiektywnych - im krócej przebywamy w niesprzyjającym nam potencjalnie środowisku, tym mniej ryzykujemy. Dlatego minimalizacja okresu, w którym wystawiamy się na ryzyko związane z przebywaniem w terenie górskim, wydaje się być wartością - tym większą wartością im góry są wyższe lub warunki w nich mniej nam sprzyjające. Tym mniej będziemy wystawiać się na górskie niebezpieczeństwa, im będziemy szybsi. Im szybciej zejdziemy, tym więcej będziemy mieli czasu na regenerację, tym więcej sił będzie jutro.

Czynniki subiektywne. W chodzeniu po górach - oprócz czynników estetycznych lub duchowych - pewną i niewątpliwą rolę odgrywa coś, co trudno określić bez przywoływania negatywnych skojarzeń, ale co bym próbował określić dążeniem-do-imponowania (sobie samemu lub innym). Kiedy idę w góry, wśród wrażeń, których szukam, znajdują się nie tylko te natury kontemplacyjnej, ale i te, które ujmuje się w słowach: "Było ciężko, ale kurcze dałem radę". Udowadniam sobie w ten sposób różne rzeczy - że daję sobie radę pomimo trudu i przeciwności, widzę w ten sposób na co mnie stać, badam granice swoich możliwości, odporności na strach i zmęczenie. Znajduje się przyjemność w zrobieniu czegoś, na co nie każdego stać, w byciu - w tym szerokim sensie - lepszym. Takie jest chyba źródło chęci podnoszenia sobie coraz to wyżej i wyżej poprzeczki, chęci obecnej nie tylko w chodzeniu po górach, ale i na innych polach, ale która przejawia się w górach np. wytyczaniem coraz to trudniejszych dróg, w coraz to bardziej wymagający sposób.

Tak to już jest, że z dwóch przejść tej samej drogi wspinaczkowej docenia się bardziej to, które było szybsze, albo z mniejszą ilością sprzętu, w mniejszym zespole (oczywiście zakładając, że odbyły si,ę w tej samej sprzętowo epoce), albo w trudniejszych, np. zimowych, warunkach. Od zarania "alpinizmu" doceniało się szybkość pokonania drogi. Zresztą - tak samo jest w innych dziedzinach opartych na rywalizacji (rywalizacji szeroko rozumianej - rywalizacji nie tylko z innym człowiekiem, ale też rywalizacji z samym sobą) - biega się oczywiście z różnych powodów, ale szybsze (od innych lub od "siebie sprzed tygodnia/miesiąca/roku itd.) pokonanie danego dystansu lub trasy daje nieomal zawsze i nieomal każdemu wyraźną satysfakcję. "Ściganie jest w nas" - to powiedzenie mego biegowego kolegi dotyczy nie tylko biegów ulicznych, ale i pokonywania terenu górskiego. Chyba każdemu pokonanie szlaku szybciej niż w czasie "kierunkowskazowym" lub przewodnikom dało kiedyś satysfakcję. Podobnie - szybsze wejście daną drogą na szczyt niż uprzednio - albo niż koledzy. Stąd też chyba idea light&fast tak bardzo przemawia i tak mocnym jest chwytem marketingowym. Obiecuje bycie nie tylko szybkim, a pewnie i szybszym niż uprzednio. Stąd też idea ta z wartości utylitarnej - bo służącej zmniejszeniu ryzyka wynikającego z przebywania w górach - staje się dla niektórych wartością samą w sobie. Stąd to dziwaczne wiercenie otworów w szczoteczce do zębów na dwudniową wyprawę po Beskidzie Sądeckim. Stąd niektórzy lecą z jęzorem na brodzie pod górę, nie rozglądając się ponad potrzebę na boki, kiedy inni szczęśliwie idą tam swoim tempem. Sam tak niekiedy lubię. Pocisnąć. Poczuć serce w gardle.

W dyskusjach nad ideą większość rozmów koncentruje się nad tym, co i kiedy wziąć, a czego nie brać lub jak zredukować wagę tego, co jest konieczne do wzięcia. Dla mnie są to sprawy może i interesujące, ale nie najważniejsze a w wielu przypadkach nieistotne. Nie jeżdżę w góry wysokie, tylko w Alpy, wiem, że latem w najgorszym razie zaliczę gdzieś jeden przygodny "kibel" - trudno. Wiele więc brać nie muszę. Nie muszę też na siłę zmniejszać wagi wszystkiego. W dyskusji nad sprzętem zapomina się jednak często, że zdrową i tanią realizacją idei fast&light jest (tu bym aż wytłuścił i wykrzykników kilka postawił:)):
a) dieta i
b) trening.

"Chcesz być szybszy w górach, przede wszystkim schudnij i dbaj o kondycję, a nie nawiercaj otwory w szczoteczce" bym rzekł. Albo "Najpierw zrzuć zbędne kilogramy z siebie, później z plecaka". Zamiast więc sztampowej rozmowy o tym, co i jak wziąć, ile powinien ważyć plecak, jakiej pojemności, albo czy matę 70 g czy 220 g, lepiej byłoby podyskutować o tym, jak trenować pod wycieczki górskie, żeby nie brakło w ich trakcie pary. To kwestia trudniejsza a zaniedbywana.

Żeby tak w ogóle bez wyraźnej porady sprzętowej nie było: chcesz być szybki, chodź w jak najlżejszych butach. 100 g na nodze to 500 g w plecaku, jak mówi porzekadło - buty o 200 g lżejsze, to dodatkowy litr wody w plecaku. Zapomnij też o aparacie fotograficznym - będziesz miał pretekst by wrócić w te miejsca, żeby odświeżyć wspomnienia. Aparat fotograficzny jest w górach zbędny :P Podobnie jak książka. Tyle że tę można po przeczytaniu zostawić np. w schronisku, aparat zaś byłaby szkoda. Dla mnie aparat fotograficzny (chyba że np. w użytecznej komórce) jest równie zbędny dla kogoś, czyim celem nie jest pisanie relacji lub przewodnika, jak przysłowiowa lokówka :)

 

 Przykładowa propozycja Proponuję taki tygodniowy zestaw F&L:):

1. interwały (np. 10 x 200-300 m (z przerwą od 30 sek do 60 sek) plus 1-2 km truchtu na rozgrzewkę i tyle samo na zakończenie. Ewentualnie 10 razy sprint przez minutę z minutowym odpoczynkiem)

2. szybki bieg ciągły (na początku dystans 3 km, po dwóch tygodniach 4 k, później 5 k i tak do 8 k)

3. jeśli jest gdzie robić podbiegi, to porobić w różnym tempie, na stokach o różnym nachyleniu, tak żeby suma "pod górę" była pod około 200 m. A jeśli nie ma żadnej górki, to proponuję mój ulubiony ostatnio trening Plyo http://vimeo.com/58219003 (Plyo ma wiele świetnych i "wybierających" w swej sumie ćwiczeń - tu bardzo fajne propozycje http://tiny.pl/qc97z )

4. jakaś delikatna forma ruchu - spokojna, ale dłuższa jazda na rowerze, albo wolny bieg / trucht do 70 minut

Jeśli życie - albo inne formy treningu (jak wspinaczka) - nie pozwala tyle czasu poświecić na bieganie, najpierw zrezygnowałbym z punktu 4., później z 1., później z 2. Na 3. każdy, kto to czyta, znajdzie czas przynajmniej raz na tydzień:)

Samo bieganie szybkości w górach nie daje. Zresztą podobnie samo bieganie nie daje prędkości w bieganiu. Chcąc być szybkim w górach nie wystarczy biegać po 70 k tygodniowo - lepiej mniej, ale dynamiczniej, stąd taka moja propozycja:)
Oczywiście, powyższy zestaw to taka luźna i przykładowa propozycja, ale chyba dość dobra "pod góry", w szczególności te bardziej alpejskie, gdzie prędkość zaczyna odgrywać znaczenie.