Lipiec w Julijskich 2014 (m.in. Północna Sciana Triglavu, Skalaska z Ladjo: 1000 m V+)

[Jest to wstępna - a więc z literówkami itd. - wersja relacji z pobytu w A. Julijskich. Linki do zdjęć zamieszczę później]

 

Tegoroczny lipiec był w Alpach Julijskich wyjątkowy. Śnieżny i pochmurny.

 

Podróż gdzieś się zawsze zaczyna - w tym wypadku rozpoczęła się w pociagu relacji Warszawa - Villach. Choć długa, to stosunkowo tania (39 euro w jedną stronę) i dość wygodna. Tym razem jednak - inaczej niż w poprzednich latach - zamiast godzinnego oczekiwania w Villach na pociąg do słoweńskich Jesenic, zaskoczenie: "Nie ma pociagu, jest za 5 minut autobus". Z koleżenką Saxifragą biegniemy więc do niego. Szczęśliwie, udaje nam się do niego wsiąść, choć nie mamy kupionego biletu - kierowca przewozi nas do Jesenic za darmo. Tam - zamiast zwyczajowego długiego i mozolnego marszu z plecakiem do Mojstrany, w dodatku wzdłuż ruchliwej drogi - kolejna przyjemna niespodzianka: autobus lokalny, który podwozi nas do Mojstrany. Szybko więc lądujemy w całkiem przytulnym hostelu. Pogoda na razie dopisuje, czas porozmyślać o planach.

 

Plany były dość proste - zmęczyć się, nachodzić, ale również trochę się powspinać. Pomimo zmiennej aury udało się je zrealizować. Suma pokonanych podejść przekroczyła 11 tysiecy metrów, zrobiłem 3 drogi wielowyciągowe oraz 20 sportowych. Więcej wycisnąć się chyba nie dało.

 

Zaczęliśmy jednak od przejazdu na przeł. Vrsic. Tam zwykle nabieram sił do gór, oswajam się z widokami, na nowo zżywam z tymi górami. Choć jest niedziela, na przełeczy dość pusto. Zamiast zwykle licznych tu aut, motocykli i rowerów, głośnego tłumu, niemal puste schronisko. Godzina jest wczesna, wybieramy się więc na pobliską Mojstrovkę.  Błyskawicznie podchodzimy pod doskonale znaną ferratę. Wejście w nią zagradza zmrożony płat śniegu. Na szczęście bez wiekszych kłopotów, choć po mokrej i śliskiej skale, udaje się go wyminąć. http://tiny.pl/qsns6 Widoki są trochę ograniczone, tym szybciej więc dochodzimy do szczytu. Wieje. Posępne chmury wiszą nad głową. Schodzimy więc szybko do schroniska. Jest wcześnie, bierzemy więc linę i sprzęt i idziemy wspinać się na pobliskie, obite drogi. Obite są wzorowo, drogi zaś są długie (do 35 m) i ciekawe. Szkoda tylko, że skała jest wciąż mokra, więc trochę ogranicza to nasze możliwości wyboru - po upatrzonej wcześniej na zdjeciach drodze płynie jeszcze woda... Niemniej - jest typowa wspinaczkowa gimnastyka, lina hula, mięśnie pracują, głowa odpoczywa. 

http://tiny.pl/qsns5

Wracamy do schroniska na kolację zmęczeni i zadowoleni. W nagrodę więc wino (Refosk)!

 

Kolejnego dnia miał być Prisojnik. Niestety - od rana pada, mży. Pogoda licha.  Cóż robić. Czekamy. Kawa. Kawa. Wtem - trochę się przejaśnia. Szybka decyzja - biegiem na Mojstrovkę. Lepsze to, niż siedzieć. Szybko, bo szybko (1h25m) wchodzimy na szczyt, niemniej deszcz łapie nas po drodze. Trudno, z cukru nie jesteśmy. http://tiny.pl/qsnss

Po drodze zastanawiam się, który to raz zwiedziłem Mojstrovkę. I - ogólniej - który to rok przyjeżdżam do Słowenii. Wydaje mi się, że w tym roku mija 20. rocznica, że pierwszy raz przyjechałem (autostopem z Cieszyna) w te okolice w 1994 r. Ale pewny nie jestem. W każdym razie ponieważ chyba co roku zdobywałem Mojstrovkę, a niekiedy - jak np. w tym - więcej niż raz, to prosty rachunek pozwala odpowiedzieć na wyjściowe pytanie - byłem na Mojstrovce co najmniej 20 razy. Dlaczego więc ciągle tam wracam? Dlaczego wycieczka ta wciąż wydaje mi się pociągająca? Czy decyduje o tym jedynie to, że jest relatywnie krótka, ferrata akurat taka, żeby się trochę na niej pogimnastykować, rozruszać po miejskim bezruchu? Nie umiem sobie odpowiedzieć na te pytania. Wiem zaś, że z pewnością - którykolwiek miałby nie być to raz - na Mojstrovce - jeśli piorun we mnie nie strzeli - stanę jeszcze w przyszłości ponownie.

 

Jest wtorek - pogoda nie jest wyśmienita, ale nie jest też  zła. Nie jest gorąco, nie pada - może będzie. Bierzemy szpej i idziemy wspinać się po drodze Fokn u okn, na południowej ścianie Prisojnika. Droga prowadzi niedaleko od Wielkiego Prisojnikowego Okna http://tiny.pl/qsn68 .  Dochodzimy do niego i drugim od niego żlebem obniżamy się do początku drogi. Pierwszy spit umieszczony jest dwa-trzy metry od podstawy grzędy, którą droga najpierw prowadzi. Nie jest przesadnie długa. 230 m. Trudności V+, choć pierwsze trzy wyciągi są prostsze (III). Najdłuższy jest chyba pierwszy wyciąg. Prowadzę go na prawie całą długość 60-metrowej liny. Odczuwam brak rozwspinania i mokrą skałę - stąd pierwsze ruchy, choć w prostym terenie, wydają mi się niezgrabne i nieco ociężałe. No ale to w pewnym sensie - droga na otwarcie sezonu, mogę sobie więc tę niezgrabność wybaczyć :) Drugi wyciąg, również długi, również bez kontaktu wzrokowego z Saxifragą, kończę w innym miejscu, niż trzeba - rozglądam się za stanowiskiem z pętli, elegancko wyrysowanym na topo tej drogi, nie mogę nigdzie go dostrzec, zakładam więc własne. Kiedy startuję w trzeci wyciąg po 7-10 metrach dostrzegam poszukiwaną pętlę. Przenosimy więc szybko stanowisko (w celu nie przesztywnienia liny). Kolejny, trzeci wyciąg jest wyraźnie już krótszy od poprzednich, kończy się przed ewidentną ścianą. Super. W końcu jakieś poważniejsze wspinanie. Mam trochę zbyt ciężki plecak, więc lekkości może mi brak, ale siły starcza i pokonuję ten wyceniony na V+ pasaż http://tiny.pl/qsn6s . Bardzo mi się on, mimo zbędnego obciążenia, podoba - świetna skała, świetny wapień, fajne ruchu - nawet dość wysoko trzeba (?) wstawić prawą nogę. Lubię taką gimnastykę! http://tiny.pl/qsn66 Ubezpieczony spitami może nie specjalnie gęsto, ale i trudności tego przecież nie wymagają. Ostatni wyciąg prowadzi krasowymi żłobkami (trudności V), (własciwie idę jednym, równoległym tylko się przyglądając) i jest naprawdę bardzo piękny i przyjemny http://tiny.pl/qsn6v . Ech, gdyby całe  życie prowadziło po takiej skale..... ;)  Po dojściu do stanowiska http://tiny.pl/qsn6z , jeszcze kilka metrów w górę i jesteśmy na szlaku grzbietowym. Nie idziemy dalej na główny szczyt Prisojnika, lecz zbiegamy szybko z powrotem do schroniska. Wracając, oglądamy drogę, którą się wspinaliśmy - świetnie ją widać ze szlaku: nie dziwi więc to, że byliśmy obiektem obserwacji i zdjęć turystów, którzy akurat przechodzili widowiskowym szlakiem obok lub przez Wielkie Prisojnikowe Okno.  

Opisana droga jest bardzo ładna, raczej nietrudna orientacyjnie, oferuje umiarkowane trudności. Myślę, że jeszcze kiedyś sie nią wespnę. :) A polecić można ją każdemu, kogo takie umiarkowane trudności nie zatrzymują :)

 

W środę zmykamy do dol. Tamar. Idziemy przez Grlo. Podchodzimy więc z plecakami (około 18 kg) na przeł. Vratca, z której schodzimy 700m do Tamar. W końcowym odcinku zejście prowadzi niewygodnym, stromym i sypkim piargiem http://tiny.pl/qsn63 . Ten fragment zejścia wyraźnie mi się dłuży - dobrze, że choć idziemy w cieniu (piarg jest w głębokim żlebie), gdyż pogoda tego dnia dopisuje. Ponieważ dopisuje, wybieramy się na Poncę. Początek tego znanego mi szlaku upływa w rozterce - iść mi się nie chce, jest parno, a szlak - jak wiadomo - prowadzi tu ostro, bez wytchnienia do góry. Po drodze trzeba jeszcze go szukać, bo powalone licznie drzewa przegradzają go i wprowadzają w manowce. Poobdzierany zaciskam mężnie zęby i idę. Idę, idę, idę. Wejście na Poncę zajmuje jednak 2 h i trochę. http://tiny.pl/qsnvq I tak nieźle, jak na te piekielne warunki. Dalej Saxifradze - ale i mi - iść się już nie chce, choć do Visoka Ponca jest już naprawdę niedaleko. Byłem, widziałem - fajnie tam, ale nie na tyle, żeby iść dalej w przypiekającym dziś słońcu. Zawracamy. Droga powrotna jakoś się dłuży. Jest coraz goręcej, coraz słoneczniej, cień w lesie daje tylko niewielkie wytchnienie. http://tiny.pl/qsnvx

W schronisku popas, szybkie pranie, prysznic. Znajduję leżak, padam na niego. Czytam książkę. Zasypiam. Jest błogo. Dolina Tamar to jedno z ulubionych miejsc w tych stronach. Wieczorem i rankiem ciche, bezludne, z pięknymi widokami i przyjaznym schroniskiem. http://tiny.pl/qsnvm

 

Niby cztery dni nie były specjalnie intensywne (3700 m podjeść), ale czuję zmęczenie w nogach.  Zasłużyliśmy na chwilę wytchnienia. Z dol. Tamar przechodzimy do dol. Vrata. Do schroniska Aljazev dom w tejże dolinie dojeżdżamy autostopem. Dzień spędzam na odpoczynku - przejście poprzedniego dnia z ciężkim plecakiem, wejście na Poncę dało mi się we znaki. Czuję, że muszę odpocząć. Choć trochę. Niedługo mam się przecież znowu wspinać.

 

Następnego dnia idę sobie Sovatna w kierunku Bav. Gamsovca. Idąc, nie wiem, czy dojdę na szczyt. Chcę oszczędzić siły - następnego dnia czeka mnie wspinaczka nieznaną mi drogą Skalaska z Ladjo (1000 m, V+).  W planach mam więc zrobienie jedynie 1000 metrów podejścia. 1000 m wydaje mi się takim minimum górskiej przyzwoitości ;) Po 1000 metrach decyduję się iść dalej - godzina młoda, pogoda dość dobra, szczyt Bav. Gamsovca - blisko.  Pomimo dość spokojnego tempa, po 2h30m od wyjścia z Aljazev dom jestem na szczycie. Pusto. Po drodze jedynie koziorożec i wyprzedzony jeden turysta. Tu i tam - leży wciąż śnieg. Kilka razy trzeba było nim przejść. Raki i czekan jednak nie okazały się potrzebne. 

Schodząc ze szczytu, ucieka mi stopa. Au! Boleśnie naciągam sobie coś w pachwinie. Nachodzą mnie przykre wątpliwości i rozterki - czy nie przełożyć, a może odwołać, jutrzejszej wspinaczki? Skalaska z Ladjo na Północnej Ścianie Triglava to droga wymagająca. Długa, klasyczna. lepiej nie dać na niej ciała. Po starcie - jak to w tych julijskich ścianach - nie ma jakiegoś łatwego zachodu, którym można by zejść - to nie drogi kursowe w Tatrach. Albo zjazd/zejście tą samą drogą, albo śmigło... Wątpliwości rozwiązuję postanowieniem wzięcia rano solidnej dawki Ibupromu.

 

Pobudka. Jest po 4. Powoli jem, piję, biorę tabletkę środka przeciwbólowego. Po nocy noga może jakoś nie boli, ale - przeczulony na jej punkcie - znajduję niepokojące objawy.  Schornisko również powoli się budzi. Prognozy sa bardzo dobre, wszyscy chcą wykorzystać pogodę i zdobyć Triglav. Jest 5:20 - pod schroniskiem spotykam Gregora. Bez dalszych ceregieli startujemy. Zanim podejdziemy pod drogę, będzie czas na pogaduchy.  Idziemy sprawnie, oszczędnie gospodarując siłami. Opowiadamy sobie, jak minął rok. Minął dobrze. Więc jest dobrze. I dobrze.

Choć u podstawy Ściany wciąż leży trochę śniegu, a w plecakach mamy lekkie czekany, udaje nam się ominąć płaty i suchą stopą wgryzamy się w drogę. Ogólny przebieg drogi jest dobrzy widoczny z oddali.  Ogólny jej przebieg można zobaczyć na tym zdjęciu http://tiny.pl/qsnvp  Wydaje się prosty i logiczny. Przebiega w samym środku ściany, tam gdzie wydaje się ona najbardziej niebotyczna i groźna. Zresztą - cała ściana - jej ogrom - zniewala. Trudno, patrząc na nią, uwierzyć, że można ją - w umiarkowanych w końcu trudnościach - przejść. Najproszta droga to droga słoweńska - przeszedłem nią dawno już temu. Podobnie inną - niemiecką. Teraz jednak czas na coś zdecydowanie ambitniejszego: Skalaska z Ladjo.

 

Droga nazwę zawdzięcza grupie młodych słoweńskich alpinistów, którzy w latach 20. XX wieku w jeden z kawiarń Lublany założyli klub "Skała". Do klubu należał kwiat słoweńskiego wspinania - i co ciekawe i znamienne: wśród najwybitniejszych członków klubu było wiele kobiet. Historia słoweńskiego alpinizmu jest pod tym względem wyjątkowa - kobiety (Pavla Jesih, Mira Marko Debelakova) odgrywały w niej równorzędną rolę co mężczyźni, wytyczając wiele naprawdę wspaniałych dróg. Członkowie "Skały" wytyczali w tych i innych górach wiele dróg, z których niektóre po dziś dzień budzą uznanie a w ówczesnych czasach - niekłamany podziw, podnosiły bowiem wysoko poprzeczkę w alpiniźmie. Centralna smer na Spiku (V+ 900 m), którą wspinałem się w zeszłym roku, to jedno z ich najlepszych osiągnięć (drogę tę, warto przypomnieć, w całości prowadziła Mira Marko Debelak - bój twał 31 h). Podobnie ta, którą mam zamiar się wspiąć (w historie jej przejścia jest zas uwikłana druga wspomniana kobieta: Pavla Jesih). W jednym i drugim wypadku drogi rozwiązywały znane problemy. W tym wypadku - przejścia filaru centralnego. Filar centralny, którym droga prowadzi, już z oddali wygląda majestatyczne, wydaje się lity, hardy i strzelisty. Z bliska, szczególnie z Gorenjskiego turnca - dalekie mniemanie o trudności wyraźnie się potwierdza, nabiera rozmachu i unaocznia problem, z którym należy się zmierzyć. Ladję. Droga ma wyraźne dwa fragmenty. Pierwszy - do Gorenjskiego turnca http://tiny.pl/qsn6w . Drugi - powyżej. Pierwszy fragment jest z początku i końca technicznie prosty http://tiny.pl/qsn6g , choć sam przebieg miejscami dość skomplikowany i uważny http://tiny.pl/qsn6j . Pośrodku zaś dość fajne, nietrudne wspinanie (kilka V: http://tiny.pl/qsn6x oraz http://tiny.pl/qsn6m ). Otoczenie potęguje wyraźnie wrażenie tego, że relatywnie tu łatwo - gdzie indziej po prostu widać, że trudno i "się nie da": droga jest w tym fragmencie jakby taką cieniutko wijącą się stróżką możliwego w  ogromie skalnej niemożliwości. Samo wejście na Gorenjski turnc, choć proste, prowadzi takimi półkami, którymi trzeba się dobrze nałazić, a to w lewo, a to - częściej w prawo - żeby w końcu wejść i do księgi wejść umieszczonej na tej turniczce się wpisać (swoją drogą: wpisujemy się do niej jako pierwsi w sezonie, co świadczy o warunkach tegorocznego lata...).  Droga nie jest specjalnie fotogeniczna. Na boki - groźne, ciemne, jakby wciąż mokre zerwy, filary i półki Północnej ściany, ograniczające jakby trochę ekspozycję, pod nogami jednak - dolina Vrata. http://tiny.pl/qsn6h Wierzchołek Triglava wygląda stąd tajemniczo http://tiny.pl/qsn6k http://tiny.pl/qsns2 Z Gorensjkeigo turnca widać zaś doskonale główną atrakcję tej drogi - Ladję, czyli "Statek", przez którą droga prowadzi http://tiny.pl/qsn6p .  Zanim podejdziemy pod to bez wątpienia najpiękniejsze, ale i najtrudniejsze miejsce tej drogi, ciekawa wspinaczka - najpierw doskonale widocznym z  turni prawym, następnie lewym kominem http://tiny.pl/qsn6d - coś tutaj plączę i zamiast terenem prostym, trawersujacym na lewo do komina, idę do góry, równolegle do niego - jest niepotrzebnie trudno.  http://tiny.pl/qsn65 Może po 4 wyciągach dochodzimy do Ladji. Stajemy pod nią na wygodnej półeczce: http://tiny.pl/qsn6f oraz http://tiny.pl/qsn6n . Zadzieramy głowy, przypatrujemy się czekającemu nas wyciągowi. A wyciąg ten faktycznie zasługuje na uwagę. Prowadzi najpierw świetną na odciąg rysą http://tiny.pl/qsn6l , później płytą. Wyceniony jest na V+. I tyle mu się sprawiedliwie należy. Jest raczej trudny, ale ruchy na nim - fajne. Nie jest za to może specjalnie długi - myślę, że ma około 35 metrów, ale ekspozycja - totalna a trudności właściwie trzymają na całej jego długości. Zasapuję się. Z półki wydawał się jednak dłuższy i trudniejszy.  Wydaje się on niemal pionowy a miejscami wypychający, z przewieszką/ami http://tiny.pl/qsn64 . Całość - naprawdę pierwsza klasa. Skała jest tu lita, trochę haków po drodze, widoki - mocne http://tiny.pl/qsn61 . Po tym wyciągu dalsza część drogi jest już wyraźnie prostsza. Prowadzi takimi nieco kruchymi, miejscami trawiastymi półkami, ewidentnie do góry. "Krowie wspinanie" jak to mówią Słoweńcy http://tiny.pl/qsn6c . Niekiedy tylko, na pewno w jednym miejscu, warto odbić na prawo, na krawędź (albo wręcz - za nią) jakby tej grzędy http://tiny.pl/qsn62 , żeby uniknąć niepotrzebnych trudności. W końcu, po 7h28m od startu w drogę stajemy na krawędzi ściany. To koniec tej drogi. Drogi bardzo urozmaiconej z wyciągami prostymi, trudnymi, krótkimi, długimi, kluczącą miejscami, niekiedy idącą "jak po sznurku", z lotną asekuracją i miejscami, w których uwaga i czujność - ze względu czy to na trudność, czy kruszyznę - wyostrza się a czas zaczyna płynąc powoli. Piękna, piękna alpejska przygoda!

Zeszłoroczna droga na Spiku była fizycznie bardziej wymagająca, zarazem bardziej fotogeniczna, ta jednak miała też swoją klasę i moc! No i niesamowitą scenerię! (A również ciekawą historię, o której napiszę później). 

Po skończeniu drogi, lądujemy na słonecznych Plemenicach - wyciągamy kijki i zbiegamy do schroniska. W nim - piwo z Gregorem i czuję, że ogarnia mnie zmęczenie, radość a alkohol uderza mi do odwodnionej głowy.  Wycieczka trwała 11 h. Czyli jednak dość krótko jak na skalę przedsięwzięcia. W plecaku miałem 2,25 l płynu - spożytkowaliśmy tę ilość w całości. Było gorąco, choć droga w cieniu północnej w końcu Ściany. Noga, szczęśliwie, nie bolała i trzymane w pogotowiu tabletki Ibupromu nie okazały się pomocne.

 

Kolejny dzień - niedziela - idziemy wspinać się z Saxifragą na południowej ścianie Bav. Gamsovca.  Robimy drogę V+, 200 m. Niestety, dobra pogoda była, minęła. Jest tym razem - po podejściu pod ścianę - pochmurno http://tiny.pl/qsnvt . Saxifraga startuje do swego pierwszego prowadzenia drogi wielowyciągowej. Robi pierwszy wyciąg na tej drodze za IV http://tiny.pl/qsnvg . Wyciąg dość niewygodny, tym bardziej że po wilgotnej skale, którą kiedy indziej można byłoby ocenić jako bardzo dobrą. Dziś jednak jest trochę wilgotno, co na wapiennej skale zawsze trochę peszy. Dochodzę do niej i chwilę deliberujemy, czy warto wspinać się dalej. Jest dość zimno, wieje, niewiele widać, jest przy tym wilgotno, za chwilę może zacząć lać. Argumenty za wycofem - gotowe! Postanawiamy jednak napierać dalej. Przejmuję prowadzenie. Kolejne wyciągi są fajne, dość proste (jeden za V).  Ostatni wyciąg za V+ jest dość krótki (30 m) - aż szkoda, że tak krótki, bo skała jest świetna i wspinanie po niej nawet w taką pogodę daje dużo frajdy. Z ostatniego wyciągu jeszcze kilkadziesiąt metrów i jesteśmy na szlaku http://tiny.pl/qsnvr .  Zbiegamy nim przez przeł. Luknja http://tiny.pl/qsnv7 i dalej do schroniska Aljazev dom. http://tiny.pl/qsnsb

 

W poniedziałek przejeżdżamy do dol. Lepena. Idziemy wygodną, asfaltową drogą, po drodze przypatrując się przepięknej rzece Soczy http://tiny.pl/qsnv9 Po dojściu do schroniska (250 m) w górnej części tej doliny, już na lekko idziemy na wycieczkę do schroniska pri Kriskih jezerih. Rach ciach ciach i w nim jesteśmy (700 m podejścia, 1h05m). Pijemy, jemy i w deszczu tym razem wracamy do Lepeny.  Tam - zwyczajowe pranie, lektura itd.

 

Kolejnego dnia tą samą drogą idziemy na Veliką Babę. Jest pochmurno. Choć nie mieliśmy tego w planach, idziemy dość szybko. Po 2h10m jestemy na szczycie (1400 m podjeścia) http://tiny.pl/qsnvc . Szczyt z ładną panoramą, szkoda że tego dnia ograniczoną dość ciężkimi, niskimi chmurami. Po serii zdjęć zbiegamy ponownie do schroniska Pri Kriskih Jezerih a z niego do naszego schroniska w Lepeni. 

 

Kolejnego dnia opuszczamy - bardzo miłe, prowadzone przez wesołych i uczynnych ludzi - schronisko http://tiny.pl/qsnvw . Przejeżdżamy autobusem do Bovca. Zatrzymujemy się w hostelu. Szybki przepak i ruszamy do Kal-Koritnica. W tej niewielkiej miejscowości znajduje się, nieco ukryty w lesie, po drodze na szczyt Svinjaka, ogródek skalny. Robimy tam - tego i następnego dnia - kilkanaście dróg, większość w zakresie V+-VI+: ja OS, Saxifraga na wędkę, albo z dołem http://tiny.pl/qsnvf . Skała jest dobra, choć wapień nieco zaskakujący - mało dziurek, raczej krawądki, rysy i oblaki. No i duże pająki ;) Ogródek ten jednak jest fajny, kameralny, drogi obite wzorcowo - bardzo dobre miejsce na relaks! http://tiny.pl/qsnv1

 

Ponieważ niedługo trzeba wracać do Polski, przeprawiamy się z powrotem do hostelu w Mojstranie. Wbiegamy (2h10m) na pobliskie Sleme (1400 m podejścia). I znowu - chmury, chmury, wieczorem deszcz.  Jesteśmy znowu (sami? http://tiny.pl/qsnvd ) na szczycie. Posileni pikantną pizzą w pizzerii Kot, wracamy pociągiem Villach-Warszawa do Polski. W nieklimatyzowanym a rozgrzanym przedziale. PKP IC - popraw się proszę!

 

Ponieważ rokrocznie staję przed dylematem, co wziąć a jaki sprzęt zostawić, a chciałbym takich rozterek w przyszłości uniknąć, krótko - dla pamięci -  o sprzęcie. Pogoda była - jak pisałem - w kratkę. Z uwagi na liczenie się z każdym gramem, w tym roku wziąłem jedynie bardzo lekką kangurkę Rab Pulse Pull-on. Sprawdziła się bardzo dobrze. Materiał (Pertex Shield +) to nie Neoshell, ale zapewnił przyzwoitą paroprzepuszczalność oraz odporność na deszcz. Również na skałę - wspinałem się w niej po ścianie Gamsovca, i choć kilkakrotnie zaszurałem nią groźnie rękawem, materiał wytrzymał i nie nosi śladów zużycia. Miałem również softshella Tempo (Marmot). Ciuch przydatny, nawet jeśli nie używałem go codziennie w górach, to w schronisku lub hostelu już tak. Oprócz niego miałem również sweter puchowy Yeti Wave. Wziąłem go zamiast bluzy Montano. Nie żałuję. Wieczorem w schronisku okazał się pomocny. Niemniej nie był w tym roku niezbędny. Nie nocowaliśmy za wysoko, więc - nawet w deszczowe wieczory - temperatura nie spadała poniżej +10 st C. Miałem również cienką bluzę Arc'teryx Phase SV Zip Neck. Lubię ją, ale okazała się właściwie zbędna. Owszem, nosiłem ją podczas wspinaczki na Gamsovcu, miałem ją również w plecaku na Skalaskiej z Ladjo, ale jeśli ją nosiłem, to tylko dlatego, że ją lubię - mogła zostać spokojnie w Polsce a ja miałbym o te cenne 200 g lżej ;)  Również koszulki z długim rękawem Lowe Alpine Dry Zone Seamless nie używałem zbyt czesto. Pierwszego, może drugiego dnia na Mojstrovce - później zaś zbędny bagaż w plecaku. Z liczbą t-shirtów również na bogato. Inna sprawa, że charakter schronisk pozwalał codziennie robić pranie - niemniej 4 t-shirty (trzy Odlo, jeden Mammuta) to trochę, o jeden, za dużo. Spodnie. Tu było w sam raz. Jedne krótkie Quechua, jedne 3/4 Mammuta (przydały się na wspin w Kal-Koritnica oraz w schronisku), jedne długie Scree Marmota (na wspin wyśmienite - lekkie, rozciągliwe, odporne na wiatr) oraz legginsy Windstopper od Salomona. Miałem równiez cińiutkie spodnie przeciwdeszczowe - pomimo deszczu nie użyłem ani razu. Obuwie - wspinaczkowe Miury La Sportivy, podejściowe Hyper Guide La Sportivy (wygodne i pewne), sandały Monk. Do tego bielizna oraz czapka na słońce, czapeczka "zimowa", rękawice z WS oraz cienkie, z jedwabiu Kalneji. Szpej - trochę friendów (bodaj z 7 sztuk), 4 tricamy, trochę taśm z Dyneemy, ekspresy (ekspresy i taśmy nosiła kol. Saxifraga), uprząż Cilao, dwa lekkie karabinki osobiste Edelrida, dwa HMS, jebadełko, Reverso 4, kask Meteor III, lina Edelweiss 60 m 9,8 mm. Dodatkowo - czołóweczka, plastikowy kubek, scyzoryk, okulary przeciwsłoneczne, trochę mydła w płynie, trochę płynu do soczewek, troche pasty do zębów, trochę ;) szczoteczki do zębów, ręcznik, jedwabna pościel turystyczna, lekka maszynka do strzyżenia włosów:), Kindle. No i jeszcze kijki Black Diamond FL Distance oraz plecak szturmowy - świetny!, polecam - Mountain Hardwear Summitrocket 20 l. Dla słoweńskich przyjaciół - album o Polsce oraz dwa miody pitne (dwójniak i półtorak:)))