Lipiec 2016. m.in. Droga Metalurgów (Velika Mojstrovka, V)

 Linki do zdjęć

 http://tiny.pl/gwxg9

 http://tiny.pl/gwxgw

 

 

Tegoroczny wyjazd był wyjątkowy o tyle, że pojechaliśmy w zespole trzyosobowym: ja, Beata oraz Paweł. Ponieważ Paweł dawno temu kończył kurs wspinaczkowy a od jego zakończenia długo się nie wspinał, toteż tuż przed wyjazdem jedziemy z Pawłem na Jurę nieco potrenować a także przećwiczyć możliwe sytuacje awaryjne. Paweł sprawnie pokonuje drogi o trudnościach, jakie czekają nas w Słowenii, zatem podbudowani jego formą lecimy samolotem do Lublany, skąd przemieszczamy się w kierunku gór. Następnego dnia po przylocie meldujemy się w schronisku na przełęczy Vrsic i bez zbędnej zwłoki idziemy rozruszać się i zgrać wspinanie w zespole trójkowym na dobrze mi znanej drodze:

 

Dzień 1. Mojstrovka, Pocarska Smer, IV, ok.200 m 
Droga ta to raptem pięć stosunkowo prostych wyciągów. Po szybkim i bezproblematycznym podejściu uderzamy na pustą linię Pocarskiej. Wspinanie idzie nam sprawnie. Całość pokonujemy w dobrym czasie. Ponieważ dopiero się docieramy, tracimy na pierwszym wyciągu dwa ekspresy. W żadnym stopniu nie przeszkadza nam to jednak dalej i ostatnie dwa wyciągi pokonujemy już bardzo sprawnie, ciesząc się i wspinaczką i pięknego tego dnia widokami.

 

Dzień 2. Wspin w rejonie Prisojnika - Fokn u Okn, V+, 230 m oraz wejście na szczyt Prisojnika 
Podejście pod drogę - około 700m. 

Przejścia tej drogi nieco się obawiałem. Obawiałem się,  że na kluczowym, czwartym wyciągu trudności mogą okazać się na tyle duże, że Paweł będzie zmuszony skorzystać ze sztucznych ułatwień lub pokonać trudności podchodząc na węzłach po linie. Obawa ta miała źródło w tym, że w poprzednim roku "wytyczyłem" na tym wyciągu własny wariant - zamiast iść w lewo, w linii drogi i spitów, odbiłem za podszeptem Beaty na lewo, co zmusiło mnie do psychicznie wymagającej wspinaczki (solidny runout..). I tak to zakodowalem, że to trudny, jak na V, wyciąg. Na szczęście tym razem trzymam się drogi,  w kluczowym miejscu zauważam wygodny, szeroki stopień na prawą stopę, na wszelki wypadek jednak zostawiam Pawłowi taśmy, z których mógł skorzystać pokonując najtrudniejszy fragment.  Wszyscy sprawnie pokonujemy ten wyciąg a ostatni, również za V, biegnący w krasowych żłobkach, niemal przelatujemy. Ponieważ i tym razem czas przejścia mamy bardzo dobry a godzina wciąż młoda, dzień ładny, idziemy dalej i docieramy wkrótce na szczyt Prisojnika.

Droga to fajna, głównie dzięki ostatnim trzem wyciągom. Podejście jest jednak dośc długie a jego ostatnie metry to właściewie nieco niefajne obniżenie się piarżystym żlebem, opadającym spod Wielkiego Prisojnikowego Okna. Początek jest łatwo odnaleźć - to ostroga na niemal dnie tego żlebu, na której - ze dwa metry nad  ziemią - można wypatrzeć spit. Pierwszy wyciąg nie sprawia żadnych trudności technicznych - dobrze jednak pamiętać, aby ze względu na jego długość i lekkie odbicie w prawo za grzędę przedłużać przeloty - w przeciwnym wypadku lina może się przesztywnić. Stanowiska wypatrujemy na tym wyciągu kilka metrów na grzędzie, lekko jakby po jej lewej stronie. Kolejny wyciąg jest technicznie banalny - co najwyżej można nieskutecznie poszukiwać kolejnego stanowiska z wyblakłego już całkowicie kawałka liny. Następny to również łatwizna - podchodzimy bez większych problemów pod widoczną ściankę z kluczowymi wyciągami.

 

Dzień 3. Wspin w rejonie Prisojnika - Najstnica, IV/V+, 205m 
Podejście pod drogę - około 800m. 
Dwa dni wspinaczki - poprzedzone intensywnym półtoramiesiecznym treningiem wspinaczkoywm - odcisnęło piętno na kondycji barku Pawła. Schodzi więc do apteki do Kranjskiej Gory a my z Beatą idziemy na nieznaną wcześniej drogę Najstnica. Szybko (jeśli nie liczyć zapędzenia się Beaty na inny szlak na stoku Prisojnika:)) znajdujemy jej start i znowu nie niepokojeni przez inne zespoły, wbijamy się w tę drogę. Na pierwszym wyciagu (55m), zaraz na stracie, zaczynają się trudności. Zrazu niby niewielkie, bo tylko trójkowe, ale w doprawdy stromym terenie. Prę niby śmiało do góry, w kierunku piątkowej ścianki, dobrze widocznej u podstawy sciany, ale na wszelki wypadek dokładam po drodze jakiegoś frienda - zabić się na trójce żaden honor ;) Sama ścianka oferuje rzeczywiste piątkowe trudności - nie jest ani prościej, ani trudniej, ot - w sam raz :)  Z półwiszącego stanowiska ściągam Beatę i startuję w kolejny, równie fajny, nieco prostszy wyciąg (55m) za IV+. Początek tego wyciagu ponownie mi jakoś nie leży, ale jego końcówka to już czysta frajda i po płycie sprawnie docieram do kolejnego, nieco tylko bardziej wygodnego stanowiska. Kolejny wyciąg (55 m) jest najprostszy: początek to IV a później III. Nie jest to wyciąg krótki a jedyny przelot znajduje się tuż nad stanowiskiem, więc w skupieniu dochodzę pod ostatni wyciąg. Niby jest on najkrótszy (50 m), ale i najtrudniejszy (V+). Na tym wyciagu nie odczuwam już jednak specjalnych trudności, lekko i z radością pokonuję jego trudności dochodząc do końca drogi. Dziwna sprawa, niemniej lepiej się czuję, kiedy trudności zaczynają siegać stopnia V - poniżej jakoś wspina mi się jakby gorzej: może to sprawa tego, że na mniejszych trudnościach, np. w mniej stromym terenie, jest się bardziej pochylonym, a co za tym idzie - przepona gorzej pracuje? No nic - pozostaje ściągnąć do siebie Beatę oraz szerokim piergiem zejść do szlaku i szybko wrócić do schroniska. 

 

Dzień 4. Wspin w rejonie Prisojnika - Tapeta V+, 300m
Podejście pod drogę - około 700m. 
Tę drogę już znam. Znam i ją lubię.Choć jest niby nieco trudniejsza od sąsiedniego Fokn u Okn, to wydaje mi się, że jest od niej i ładniejsza i jakoś tam prostsza. Bez zbędnych poszukiwań, po sprawnym podejściu (tym razem trochę pocisneliśmy, bo chcieliśmy wyprzedzić dwa potencjalne zespoły widoczne na podejściu:)), meldujemy się na jej starcie. Pierwszy wyciąg to 60 metrów wspinania w trójkowym, dobrze urzeźbionym terenie: najpierw płytami, następnie przez kominek na na wierzchołek turniczki. Po drodze mijam (bo nie zauważam, ale i nie wypatruję) pętlę, mijam spita, zamiast niego zakładając przed kominkiem coś własnego dla poprawy swego morale. Linę ledwo dociągam do stanowiska z pętli, do której dokładam własną, bo miejscowa pewnie jest równolatką drogi i zaufania budzić nie musi. Kolejny wyciąg (58 m, IV+) jest również długi, ale dość ciekawy. Najpierw czołowo pokonuje płyty, aby później elegancko przewinąć się przez krawędź ściany i przez połogą płytę z płytkimi żlebkami krasowymi dotrzeć do stanowiska. Od tego miejsca każdy kolejny wyciąg jest coraz fajniejszy. Kolejny wyciąg (55 m, V-) daje nam tylko frajdę. Na kolejnym (35 m, V) pod koniec wytyczam własny wyriant, znowu w górnej części omijając spita:) Kolejne dwa wyciągi (50 m i 45 m, V, V+) pokonujemy równie sprawnie, robiąc zdjęcia na prawo i lewo:). Na ostatnim wyciągu zakładam kilka pętli, gdyby Paweł miał potrzebę nimi sobie dopomóc: na szczęście Paweł się rozwspinał i nie potrzebuje już takich sztucznych ułatwień:) Tym razem odpuszczamy już wejście na szczyt Prisojnika i nakarmiwszy ptaki batonami, szybko zbiegamy do schroniska.

 

Dzień 5. Mojstrovka
Tego dnia lecimy sobie ferratą na Małą Mojstrovkę. Nie pamiętam, dlaczego nie poszliśmy się wspinać: zmęczenie? złe prognozy? pewnie i jedno, i drugie.... Schodząc normalną drogą ze szczytu oglądamy sobie chorwackiego wspinacza, który na żywca wspina się drogą na Grebencu. Za chwilę spotykamy sie z nim i ucinamy sobie pogawędkę na temat zegarków, plecaków wspinaczkowych i tego typu kluczowych spraw;) Wieczorem słuchamy koncertu z okazji pięćdziesięciolecia schroniska. Uświadamiam sobie że z szefem schroniska znany się już dokładnie piętnaście lat... Szkoda że to jego ostatni rok pracy...

 

Dzień 6. Do Koca v Krnici

Choć wspinaczkowa oferta przełęczy Vrsic jest niezwykle bogata a miałem nadzieję na zrobienie w tym rejonie przynajmniej jeszcze jednej drogi, zjeżdżamy autobusem do Kranjskiej Gory. Tam posiliwszy się miejscowymi wypiekami i kawą, decydujemy przejść się na nocleg do nastrojowego schroniska Koca v Krinici. Po drodze umilamy sobie wędrówkę kąpielą w zimnym strumieniu Pisnici oraz konsumpcją soczystego melona. W schronisku - odpoczywamy i konsumujemy miejscowe nalewki.

 

Dzień 7. Koca w Krnicy - Pogacnikov Dom, przejście z worami przez Krizską Stenę, ok. 1300m podejścia.
Beata i Paweł wyruszają rano z całym dobytkiem zapakowanym w plecaki szlakiem pod Kriska Stena. Ja zostaję w schronisku - mam tego poranka porozumieć się z kolegą Gregorem na temat naszej planowanej wspinaczki - być może jutrzejszej. Pomysł jest taki: jesli jutro się wspinamy, zostawiam Pawła i Beatę samym sobie a sam lecę do Mojstrany, jeśli nie, pędę lecę za nimi:) Niestety ani ostatnie dni, ani prognozy dobrze planom wspinaczkowym nie wróżą. Padało, ma padać a planowana droga na Rjavinie wymaga dobrych warunków. Niestety, w rozmowie telefonicznej Gregor potwierdza moje obawy: droga na Rjavinie jest mokra a prognozy wciąż przewidują wczesnopopołudniowe opady. Umawiamy się więc na kolejny kontakt na następny dzień. Wyruszam więc szybko w kierunku Pawła i Beaty. Doganiam ich pod samą ścianą, którą już wspólnie pokonujemy wciąż w dobrym tempie. Pogoda jest doskonała do szybkiego marszu - niezbyt gorąco, nawet nieco pochmurnie. Po drodze do schroniska Pogacnikov dom zahaczamy o pobliski szczyt Kriża. Do Pogacnikov dom docieramy na tyle wcześnie, żeby jeszcze nacieszyć się Słońcem, które wyjrzało za chmur, i ogólnie dobrą pogodą. Noc spędzamy na poddaszu, łapiąc wszelkie kuchenne zapachy, które ciągnąć się będą za naszymi plecakami i ubraniami do końca wyjazdu...

 

Dzień 8. Wspin na Bavskim Gamsovcu – Zasilni Ishod, IV/V+, 200m

O poranku, ponieważ prgognozy są wciąż średnie, lecimy przez szczyt Bavskiego Gamsovca, na jego południową ścianę. Towarzyszą nam młode koziorożce i obłędne widoki na Ścianę Triglava: przez uwięzioną w dolinie Vrata chmurę przebija się górną część tej ogromnej ściany z pięknie wyeksponowanym wierzchołkiem najwyższej góry Słowenii. Schodzimy pod drogę i bez zwłoki zaczynamy wspinaczkę. Idzie nam sprawnie, więc w dobrym czasie kończymy ją. I w samą porę, bo za chwilę jesteśmy już w chmurach i zaczyna się zanosić na deszcz, który zresztą tego dnia nie wytrzyma i rześko spadnie. Bezzwłocznie wracamy więc do schroniska. Ze schroniska - widząc, że prognozy nie robią się lepsze - niepyszny wysyłam Gregorowi propozycję zmiany planów i sugeruję wspin na jednej z klasycznych dróg na Wielkiej Mojstrovce. Wieczorem Gregor uznaje propozycję za słuszną i umawiamy się na pojutrze na Drogę Metalurgów na Wielkiej Mojstrovce. Wiem więc, że następnego dnia muszę zejść do Mojstrany. Beata i Paweł postanawiają zejść razem ze mną - schronisko Poganickov dom chyba żadnemu z nas w tym roku nie przypadło do gustu.... 

 

Dzień 9. Zejście do Dol. Vrata

Skoro świt schodzimy do doliny Vrata. Beata i Paweł zostają w Aljażev dom, ja zaś spotykam Saszę Kofler z Towarzystwa Górskiego w Mojstranie, która zabiera mnie swoim autem do Mojstany. Tam znajduję porządny nocleg i nabieram mocy przed umówioną z Gregorem wspinaczką jedząc pyszną jak zawsze pizzę w ulubionej pizzerii Kot.

 

Dzień 10. Wspin na Drodze Metalurgów. Wielka Mojstrovka, V, ok. 400 m różnicy wysokości

Tuż przed 6 rano spotykamy się z Gregorem na parkingu w Mojstanie. Podjeżdżamy pod przełęcz Vrsic. Po drodze widzimy przygotowania do wizyty prezydenta Putina - dużo wojska, służb specjalnych i policji, w powietrzu krąży helikopter. Szybki przepak i spokojnym tempem podchodzimy - ciekawą skądinąd ścieżką - pod ścianę Wielkiej Mojstrovki. Początek drogi, dobrze widoczny, wyznacza widoczna kilkanaście metrów nad ziemią wyblakła pętla. Dokładnie pod nią znajduje sie drugie stanowisko. Pierwszy wyciąg jest więc dość krótki, rozgrzewkowy. Pętla służyła zapewne komuś do azerowania pionowej lub nieco wywieszonej ścianki na wprost. Droga jednak odbija w tym miejscu zdecydowanie w prawo, do głebokiego i tego dnia mokrego komina. Ów trawers na lewo, wejście z niego w komin i wspinaczka nim nie jest przyjemna, a jak na trudności IV+, rzekłbym, bardzo wymagająca. Kolejny wyciąg jest tylko nieco przyjemniejszy. Na tyle na ile to możliwe uciekamy z wilgotnego komina, którym prowadzi droga, byle tylko uciec z mokrego wapienia. Na szczęście po pierwszych wyciągach wszystkie pozostałe są już niezwykle atrakcyjne, eksponowane i o równym poziomie trudności. Trudno na tej drodze odpocząć. Każdy niemal wyciąg - a było ich 18-19 - wymaga skupienia, uwagi i, po prostu, regularnej wspinaczki. Mniej więcej w połowie drogi znajduje się miejsce na mały relaks - dno piarżystego komina/żlebu. Tam robimy krótką przerwę i po przekąsce napieramy dalej. Tym razem mocno odbijamy w lewo. Po chwili Gregor znika za filarem a ja widzę spadajacy kamień. Jego trajektoria lotu zwraca moją uwagę: leci z pewną lekkością, elegancją, bezgłośnie odbijając się o skały. Dochodzę do Gregora i okazuje się, że to wcale nie był kamień. Był to nasz schemat drogi:) No cóż. Pozostaje nam wiara, że przebieg drogi jest naturalny i logiczny. Wiara ta jednak już wkrótce została podważona, kiedy spod przewieszki/okapu, gdzie mieliśmy stanowisko, próbowaliśmy iść - jakby się wydawało - na lewo. Po kilku metrach dobrze wyglądającego terenu skała się jednak jeżyła, stroszyła, nie puszczając nas dalej. No cóż, kosztem jednego ekspresu należało wycofać się po mężnej acz nierównej walce i spróbować na prawo, przez dość trudno wyglądające, niezachęcające ścianki i kominki. Na szczęście tam właśnie biegła droga, podkreślona dość licznymi w tym trudnym miejscu hakami. Znakomicie ułatwiły one orientację. Przedostatni wyciag to piękny, w dodatku dość trudny i powietrzny trawers, wyprowadzający na półeczkę skąd ze swymi spadochronikami skaczą BASE-jumperzy :) Po 5 h docieramy cali i zadowoleni z udanej wspinaczki na grań łączącą Wielką Mojstrovkę z jej mniejszą siostrą. 

Zbiegamy do auta, którym - zahaczając jeszcze o pizzę i piwo - Gregor dowozi mnie do Aljazev domu w dolinie Vrata. 

 

Dzień 11. Wspin na Stenarze - Skolijka, IV/V, 250m

Wspinaczka poprzedniego dnia nieco mnie zmęczyła. Niemniej już rano, korzystając z dobrej tym razem prognozy, wybieramy się ku Stenarowi. Podejście jest długie, 1100 m pod górę, ale lubię ten szlak przez Sovatnę, więc nie narzekam i dość dobrym tempem podchodzimy pod początek drogi. Szybko odnajduję jej start. Pierwszy wyciąg (V, 55m) zaskakuje mnie jednak swoją trudnością. Prowadzi on bowiem mokrą ścianką po żłobku krasowym, dość głębokim i dającym dobre oparcie. Niemniej to, że jest mokry, generuje w mojej głowie niepotrzebne wątpliwości co do tarcia. Na rzeczonej ściance jest jeden spit. Około 2-3 metry na półką. Kolejne 3-4 metry wyżej zatrzymuję się i zbieram siły. W głowie pojawia się świadomość, że jak się tu wyślizgnę - bo jest mokro - to spadając uderzę w pókę. Ścianka jest lita i choćby cienkiego haka nie ma jak wbić. Po prawej stronie jest coś co albo było klamą, albo może nią będzie. Na razie jednak jest to coś jakby dopiero co rażone kamieniem - chwytam toto i okazuje się, że moja wzrokowa ocena była słuszna - skała rusza się, częściwo zostaje mi w dłoni. Ostrożnie więc chwytam i odrzucam kamienie tak, aby nie razić swoich towarzyszy i aby nie przyszła im do głowy myśl chycenia tego. Ci chyba widzą, że nie mam lekko. Paweł więc krzyczy, żebym założył mu jakąś pętlę. Ha! Łatwo powiedzieć, ale choćbym chciał, nie ma jak. Na mokrej i zacienionej skale ręce powoli marzną i czuję, że za chwilę stracę w nich czucie. Zbieram się więc w sobie, żeby zrobić jeszcze ten jeden, dwa śmiałe ruchy i wyjść w końcu z trudności, kiedy słyszę z dołu pytanie Beaty: "Dobrze stoisz?". Nie jest to pytanie, które chce się w takiej chwili słyszeć - chcę bowiem być teraz tylko niezawodnie asekurowany, chcę być skoncentrowany, nie rozpraszany. Wkurzam się zatem i w końcu ruszam. Bez problemu pokonuję dalszą część wyciągu, po tym miejscu już prostego. Na wygodnej i szerokiem póle robię stanowisko. Dochodzą towarzysze. Ruszam dalej. O ile na pierwszym wyciągu miałem stres, tak drugi wyciag (55m, IV) to czysta, autentyczna przyjemność. Idę sobie ogrzanym promieniami filarem a wiedząc, że to pewnie już ostatnia droga podczas tego wyjazdu, nie spieszę się, chcę w jak największym stopniu skorzystać z drogi. Idę sobie, bawiąc się wspinaczką, wynajdując oczka, ryski do bajkowej na tym wyciągu asekuracji. Również kolejny wyciag (45m, IV+) jest fajny, choć nieco urodą odstaje od poprzedniego. Przed jedną ze ścianek dobiłem sobie haka, który pozostał w tym miejscu dla innych:) Trudność wyciągu oceniłbym chyba na podobną do poprzedniego. Do kolejnego wyciągu (55m, IV) startuje się z ponownie wygodnej, szerokiej półki. Najpierw próbuję na wprost, ale jednak lepiej nieco zacząć na lewo od stanowiska. Po chwili jest spit lub hak, przewiniecie przez filar na drugą stronę i.... Hm. Schemat nakazuje iść żlebem do góry. Tu jednak żlebu jako takiego brak, jest dość płytka depresja, w dodatku dość krucha. Powoli idę nią w górę, nie bardzo mając jak założyć tu przelot. Za krucho. Niby mógłbym wspomóc się hakiem, ale trochę szkoda mi wysiłku, zachodu. I haka (bo młotek mamy tylko jeden). W końcu nie są to jakieś straszne trudności. W końcu więc docieram do stanowiska, choć w głowie była myśl, że wyszedłem z 50 metrów ponad przelot:) Ta myśl jednak nie była z tych myśli spinających a jedynie konstatujących fakt :) Ostatni wyciag (58 m, IV) jest ciekawy tylko na samym początku, zaś sama jego końcówka polega na odnalezieniu wśród kamieni tego, na którym znajduje się spit stanowiskowy:) Musiałem się trochę rozejrzeć.

Po dotarciu do końca drogi otulają nas chmury, więc nie idziemy na szczyt Stenara, lecz szybkim tempem schodzimy do schroniska. 

 

Dzień 12. Zejście do Mojstrany
Rano schodzimy szlakiem równoległym do drogi do Mojstrany, zwiedzając jeszcze z Pawłem przepiękny wodospad Pericnik. W Mojstranie opuszcza nas Paweł - wraca tego dnia samolotem do Polski. My zaś przechodzimy ciekawą, dość trudną (D w skali austriackiej), choć krótką (18 minut) ferratę w Mojstranie. Po południu niestety pogoda zaczyna szwankować. Leje jak z cebra.

 

Dzień 13 - Lublana
Od rana pada, więc jadę do Lublany, Beata zaś zwiedza Kranjską Gorę. W Lublanie korzystając z przecen w sklepach wspinaczkowych, dokupuję ekspresy:)

 

Dzień 14. Sleme (2077m n.p.m.)

Idziemy rano na drugą, prosztszą via ferratą, którą pokonujemy bez żadnych problemów i niemal biegiem i lecimy dalej na dobrze nam znane, widokowo interesujące Sleme. Wyprzedzam Beatę, chcę sprawdzić, czy jest w łydach moc. Jest! I to naprawdę solidna! W końcu dość dobrze sobie przed wyjazdem ćwiczyłem: trochę biegania, trochę sprintów, trochę sprintów pod górę, spacery z plecakiem pod Górkę Szczęślwicką, wyjazdy na Jurę przynoszą dobre, bardzo dobre rezultaty - świetne tempo, gdy trzeba, moc podczas łojenia, a tych z okładem 10.000 m pod górę, zrobionych podczas wyjazdu, jakoś niespecjalnie odczuwam... Szlak (z ferratą i zejściem z  niej) na Sleme i do Mojstrany zajmuje 3h28m: pewnie mógłbym i szybciej, gdybym nie czekał po drodze 5 minut na Beatę, gdybym nie bał się krów zastępujących nam po drodze szlak i gdybym jeszcze szybciej pocisnął na dół:) Niemniej tym miłym akcentem żegnam się z Julijskimi, do których jednak wrócę już za kilka dni :)