Konigsjodler - czerwiec 2010

16 czerwca 2010

po tygodniach biegania uznałem, że zasłużyłem na pewną odmianę, i w nagrodę za biegowe  "życiówki" wybrałem się na weekend w Alpy austriackie. "zagłosowaliśmy" na piękną via ferratę niedaleko Salzburga "Konigsjodler". http://www.youtube.com/watch?v=KJXTxezKSFA
w świetnym, choć uprzednio nieznanym towarzystwie, po nocy spędzonej w aucie, zaatakowaliśmy w mżawce tę piękną grań. niestety, pogoda nieco pokrzyżowała plany: droga zejściowa, latem pewnie dogodna i bezpieczna, wciąż była pełna stromych, pokrytych śniegiem odcinków, narażona na spadające kamienie i inne "atrakcje". toteż po ukończeniu właściwej drogi, pełnej stromych i eksponowanych odcinków, zdecydowaliśmy spędzić noc w wysoko, bo prawie na 3000 metrów n.p.m., położonym schronisku. na nasze szczęście czynnym, bo z czasem pogoda zaczęła się wyraźnie pogarszać, zaczął zrazu prószyć delikatny śnieg, później napadało pewnie z 15 cm świeżego puchu. odwrotu tą samą drogą woleliśmy raczej uniknąć, gdyż wiązałby się on zapewne z koniecznością zjazdów na linie i innymi karkołomnymi i czasochłonnymi czynnościami. po nieprzespanej nocy w aucie i ponad 7 godzinach górskiej akcji, pokonaniu pewnie z 1900 metrów deniwelacji, zasłużyliśmy na mocny sen. ferrata jest świetnie ubiezpieczona, smiało poprowadzona. idzie zwykle ostrzem grani. najbardziej emocjonujący fragment, wspinanie po niezwykle stromej i pieknej scianie, znajduje sie własciwie pod koniec drogi. w niedzielę zmuszeni byliśmy wrócić "na ziemię" nieco dookoła, brnąc w głębokim i ciężkim śniegu, zapadając się weń tak jak nogi długie, zmuszeni wypatrywać we mgle właściwej drogi, klucząc, i trawersując lawiniaste zbocza. ostre czekany i raki trzymaliśmy w pogotowiu. po zejściu poniżej linii śniegu czekała nas nieprzyjemna mżawka. przemoknięci, zmęczeni ale zadowoleni dotarliśmy do samochodu.