Dachstein - sierpień 2010

sierpień 2010

w ostatni piątek pojechałem na weekend z przyjaciółmi z południa Polski w masyw Dachsteinu.
naszym celem było przejście dwóch via ferrat. "via ferrata" oznacza ubezpieczoną stalowymi linami, takimiż żerdziami, tu i ówdzie wykutymi w skale stopniami drogę wspinaczkową. via ferrata oferuje więc coś w smaku zbliżonego do wspinaczki: z towarzyszącymi wspinaczce widokami, ekspozycją, zmęczeniem: nieraz na via ferracie trzeba się nieźle nagimnastykować, wysilić, podobnie jak w trakcie wspinania. brak natomiast w wędrówce po "żelaznej drodze" tego, co często najbardziej kłopotliwe i stresujące: trudności orientacyjnych - po via ferracie idzie się wygodnie, wypatrując stalówek lub znaku farby na skale. przez katastrofalnymi konsekwencjami odpadnięcia od skały ratuje nas zaś na via ferracie lonża, którą mając dowiązaną do uprzęży, wpinamy karabinkiem w stalówkę. tak więc: warto się odważyć i przy okazji jakiejś wizyty w Austrii, Bawarii, Włoszech, Francji, Słowenii, spróbować "ukąsić" jakąś ferratę.
ze Skoczowa wyjeżdżamy w piatek przed 15. do Ramsau dojeżdżamy około północy. nerwowo rozglądamy się za schronieniem na noc: dopiero przestało padać, dobrze by było znaleźć jakąś wiatę: niestety - nie znajdujemy. zasypiamy na parkingu supermarketu Billa. nad ranem budzą nas zjeżdżajacy powoli do pracy pracownicy oraz dostawcy :evil:
nocleg
poranek jest chłodny i mglisty: widać niewiele. podjeżdżamy samochodem pod dolną stację kolejki linowej - tam zostawiamy samochód. ruszamy. dość szybko idąc piargami trawkami zdobywamy wysokość. po niecałych 2 godzinach marszu jesteśmy na grani (2400 m n.p.m.), skąd zaczyna się nasz pierwszy cel: ferrata Ramsauer.
ferrata nie jest technicznie trudna. jest jednak dość długa i eksponowana. prowadzi granią (ha!)
mamy szczęście: silny wiatr przewiewa poranne chmury i widoki są dalekie. na jedna stronę i na drugą
stosunkowo szybko docieramy pod najwyższy szczyt grani Scheichenspitze 2,667m, gdzie stoi drewniany krzyż. robimy sobie zdjęcie, wpisujemy do książki wejść i - niczego nie broniąc - ruszamy dalej
pogoda trochę jest zmienna: raz piekne widoki, raz totalna klapa:
wkrótce dochodzimy już do schroniska. przejście zajęło nam łącznie 7 h, toteż z przyjemnością posilamy się i pijemy piwo. z niecierpliwością czekamy następnego dnia, mamy bowiem w planach kolejną ferratę, nieco trudniejszą, choć krótszą. niestety, pogoda krzyżuje nam plany: wieczorem zaciąga się, zaczyna padać. w nocy schronisko "trzeszczy w szwach": wicher i deszcz. rano na chwilę deszcz ustaje, ale postanawiamy zejść na dół, bo sine w naszą stronę ciągną chmury. w drodze do Ramsau dopada nas deszcz. mokrzy docieramy do samochodu.
myślę, że warto czasami wzbogacić formę aktywności o wędrówkę szlakami typu via ferrata. tego typu aktywność nie ma pewnie prostego przełożenia na wyniki biegowe, ale jako urozmaicenie - polecam!