Biegi różne

Życiówki:

10 k - 39:54 (11/2011)

półmaraton - 1:34:07 (3/2011)

 

Relacja z debiutu w alpejskim biegu górskim Chaszczok, Bieg na Babią Górę  http://forum.turystyka-gorska.pl/viewtopic.php?t=14072

 

11/112009

 

bieg niepodległości zawsze będzie dla mnie biegiem jubileuszowym, tj. ważnym, sentymentalnym nawet. w zeszłym roku od niego zacząłem przygodę z bieganiem. tym bardziej chciałem, by w tym roku - po roku jako tako systematycznego biegania - spróbować poprawić zeszłoroczny wynik. jednak, z różnych, nieistotnych tu względów, nadziei na to specjalnie dużych nie miałem. choc ambicji - na pewno starczało Wink w październiku - niewiele biegałem. wolny czas spędzałem wspinając się intensywnie i tańcząc tango. odpoczywałem od biegania. o biegu niepodległości przypomniałem sobie około 15 dni temu. postanowiłem się błyskawicznie przygotować. biegałem po naszym parku dużo, odpoczywając od biegania co trzy dni. nabiegałem się więc, może nawet za dużo, bo jednak nie tylko mięśnie, ale i psychika potrzebują regeneracji. dlatego dwa ostatnie dni - leżałem biegowo do góry brzuchem. dziś rano, pomimo mżawki, czułem się bojowo, "trąbka gra" - w tym duchu. ślady zmeczenia oraz przeziębienia - zniknęły bez śladu. tym niemniej stanąłem bezpiecznie w strefie 45-50 minut. ale zobaczyłem, parę metrów przede mną hyzia. ha! no to dołączyłem. po starcie hyzio zamienił się w wiatr i przepadł gdzieś w falującym tłumie. zresztą - nie miałem czasu sie rozglądać: starałem się bowiem uniknąć zderzeń z tymi, którzy biegli wolniej. pierwsze kilometry wspominam jako walkę z tymi, którzy czy to przeszacowali swe możliwości i stanęli zbyt blisko linii startu, czy też inaczej rozłożyli swe siły, lub z tymi którzy spokojnie sunęli na rolkach. biegło mi się lekko, nawet pomimo tego że nie raz, nie dwa (jak pewnie każdy tego dnia) wpadałem we wcale nie płytką to tę, to inną kałużę. na 5 kilometrze zobaczyłem ze zdziwieniem, że czas mam całkiem dobry: 22-23 minuty, więc postanowiłem przyspieszyć, by przynajmniej <> to co w zeszłym roku: 44+ minuty netto. przyśpieszyłem, ale i natychmiast poczułem brak rezerw w organizmie. do koszykowej biegłem - miałem wrażenie - nieco ociężale, z trudem odpowiadając oklaskami na pozdrowienia kibiców. dopiero wejście w zakręt w koszykową dodało mi, niespodziewanie, wigoru. zacząłem czuć siłę i rytm: tempo zaczęło rosnąć. na metę wpadłem zziajany - kładkę nad ulicą wziąłem nieopatrznie, debil!, za bramkę maty, więc ostatnie metry <> na nieco zatartym silniku. 43 minuty 42 sekundy. a więc - nowa życiówka a w przyszłym roku nowy czas do pobicia Very Happy

 

14/609

W półmaratonie biegłem pierwszy raz, był to jednocześnie najdłuższy dystans jaki pokonałem kiedykolwiek biegnąc. bieg rozpoczął się punktualnie o 10, linię startu przekroczyłem ponad pół minuty później. pomny na to, by nie stracić sił ścigając się zygzakiem od samej linii startu, starałem się biec równo, nie za szybko, specjalnie również nikogo nie wyprzedzając, nie biegnąc wężykiem. jako osobie bez silnej osobowości, podatnej na wpływy innych postanowiłem poddawać się tempu narzucanemu przez grupę. mijające mnie licznie jednostki wyniośle postanowiłem lekceważyć ;-) pogoda dopisywała być może letnikom, ale mi nie za bardzo: trochę, jak na to co lubię, było zbyt słonecznie i ciepło. szczęśliwie, już około 5 kilometra wbiegłem w wodę litościwie rozpylaną przez dzielnego strażaka. orzeźwiony, dalej pilnowałem jednak spokojnego tempa, zapominając na dłuższą chwile o kolce, która złapała mnie już w trakcie rozgrzewki. gdy nadarzyła się pierwsza okazja chwyciłem butelkę wody, którą przepłukiwałem sobie usta i zamaszyście i bezlitośnie oblewałem biegnących obok. pierwszy większy podbieg zdarzył się nam około 7 kilometra. nie był straszny, ot zapowiadał to, co miało nastąpić nieco później. na około 10 kilometrze - drugi punkt żywienia. tym razem skusiłem się na podawany w kubeczku napój w żywym kolorze, co świadczyło pewnie o jego wyjątkowej izotonicznosci. niestety, biegnąc nie udało mi się nim trafić nigdzie indziej niż w nos, brodę i koszulkę. głównie swoją. tak więc juz do końca postanowiłem obyć się bez picia.
Kolejne podbiegi stawały się nieco bardziej strome, dzięki czemu przez chwilę nie przeganiał mnie nikt, a i mi udawało się kogoś prześcignąć. stety-niestety biegnąc z górki byłem wyraźnie wolniejszy od mijanych przed chwilą osób, lub mniej od nich ambitny. tym niemniej po 13 kilometrze poczułem wyraźnie, że bieg ukończę, że sił starczy mi na pewno. około 16 kilometra, gdy ktoś - komu podałem wodę - zwodniczo powiedział, że już podbiegi za nami, zacząłem nawet - jak mi się zdaje - przyśpieszać. niestety, przede mną były jeszcze dwie górki, szczęśliwie niegroźne: górka szczęśliwicka mogłaby być im matką ;-)
Sił mi starczyło właściwie do końca, jedynie ostatnie 500 metrów biegłem na "limesie". za ów przykry stan szybko obwiniłem mijanego kilometr przed metą policjanta (lub strażaka, albo harcerza), który pytany przez kogoś odpowiedział, że zostało nam jeszcze tylko 500 metrów. słysząc to, docisnąłem pedał gazu, zmieniłem się w wicher, no i po 500 metrach finiszowania, wciąż wyraźnie będąc przed metą, przygasłem... linie mety przekroczyłem po 1:47:47, zmęczony, szczęśliwy, dumny. fanfary zastąpiły mi gratulacje od przyjaciół z frupy biegowej "Biegamy z Ochotą": Iwony i Grześka a adrenalina i endorfiny - cały ten trud. po chwili dobiegli pozostali, zaczął się miły mi piknik. ale to już całkiem inna historia, podobnie jak wesele poprzedzające dzień biegu ;-)
Agasi i Bożence dziękuję za wspaniałe towarzystwo, cierpliwe znoszenie mego gadulstwa oraz wspólną podróż :-D

 

czerwiec 2010 

po tygodniach przygotowań pod czujnym okiem trenera postanowiłem drugi raz zmierzyć sie z dystansem półmaratonu. nie wiedziałem co wybrać: znaną Rudawę, czy nieznany Korycin. znalazłem iście salomonowe rozwiązanie: zapisałem się do Rudawy, pobiegłem w Korycinie. tę decyzję podjąłem dopiero w sobotę - a właściwie to zadecydowała prognoza pogody: w poprzedzających dniach dostałem poparzenia słonecznego i wybrałem miejsce bardziej pochmurne (niestety poparzenie słoneczne nie pozwala jasno stwierdzić, czy nie mam również boreliozy, bowiem akurat w miejscu, w które wpił się w zeszłym tygodniu kleszcz, mam jedną wielką czerwoną plamę od słońca).
do startu w Korycinie zachęciła mnie również pewna egzotyka miejsca oraz głównej nagrody. od przyjazdu na miejsce jak zauroczony wpatrywałem się krowę, czyli rzeczoną nagrodę: wpatrywałem się w jej głębokie oczy, szukając w nich inspiracji. g.w. bush w oczach w. putina dostrzegł demokratę, to i ja pomyślałem, że w oczach krowy coś może znajdę.
w biegu wzięło udział około 150 zawodników. trudno więc mówić o wielkim święcie biegania, przez większość część biegu ledwo kogoś przed sobą widziałem - raz, że ślepy, dwa, że trasa zaskakująco pagórkowata. przed startem trochę bałem się monotonii trasy, ale źle wcale nie było: no ale nie rozglądałem się specjalnie na boki... niestety, po 12 k walczyłem nie tylko z sobą, ale również z - chwilami dość silnym, czołowym - wiatrem. ostatni kilometr, gdy widać było z daleka i z góry metę, przebiegłem na skrzydłach, choć wiedziałem, że krowy już nie zdobędę. mogłem, wpatrując się w jej oczy, zawładnąć jej sercem, ale jej ciało trafiło do zawodnika z Grodna. bieg ukończyłem po 1:38:37, zadowolony, i nie zadowolony, bo musiałem jeszcze przetruchtać z 2 k do punktu startu, gdzie czekał na mnie samochód.
w porównaniu do zeszłorocznego debiutu biegłem śmielej a po przekroczeniu mety, wzięciu kubka z wodą, spokojnie potruchtałem dalej. innymi słowy - choć było zmęczenie, to jednak dalekie od wyczerpania.

 

1/05/2009

Wyjechać na krótki długi weekend majowy, niestety, nie udało się. Zamiast hulać po szerokim świecie, zostałem w domu, ciesząc się ciepłą wiosną. Ale i poddajac się wiosennemu nastrojowi, któremu nie obce lenistwo, poczuć sie można górsko, co postanowiłem sobie dziś udowodnić. Szczęśliwie, niedaleko domu jest Górka Szczęśliwicka, ot niewielkie wzniesienie, kiedyś kupa śmieci, teraz zmienionych w park rekreacyjny, z wyciągiem narciarskim posrodku.  Górka, choc nieduża, urasta do większej, gdy pokonywać ja biegiem, raz za razem - co dziś,nie po raz pierwszy zresztą, robiłem. Wbiegłem na nią 15 razy, a koleżanka i kolega z grupy biegowej "Biegamy z Ochotą" dzielnie mi w tym wysiłku towarzyszli. Trudno jest  niestety pochwalić się jaka deniwelację pokonuję, biegajac po niej raz po raz. Mój wysokościomierz - najnowszy zakup - pokazuje, że deniwelacja ta wynosi 19 metrów. Niby niedużo, ale jeśli pokonac ją tysiac razy z rzędu.... 

 



 

13/11/08

Fajnie. Pobiegłem przedwczoraj w XX Biegu Niepodległości w Warszawie. Za całe przygotowania starczyła 10 dniowa abstynencja nikotynowa (choc z drugiej strony trudno tu mówić o jakimś specjalnym wyrzeczeniu - w końcu palę nie więcej niż 3 papierosy tygodniowo) oraz dwie przebieżki na dystansie zbliżonym do 10 kaemów. Bieg odbył się we wtorek a ja cały piątek, sobotę i niedzielę uczestniczyłem w dość wyczerpującyhc warsztatach tangowych. W poniedziałek - by się zmęczyć nieco inaczej - wybrałem się na ściankę, gdzie - niestety - nawyrężyłem sobie coś w  udzie i kolanie. Na szczęście następnego dnia, w dniu Biegu, noga jakoś specjalnie mi nie doskwierała, więc śmiało wystratowałem. Biegło mi się zaskakująco dobrze - może dzięki pogodzie, która była całkiem słoneczna. Na mecie byłem po 44 m 27 s. Myślę, że jak na pierwszy tego typu start w dorosłym życiu (bo ostatnim razem uczestniczyłem w czymś takim, gdy byłem bodaj w 6 klasie szkoły podstawowej), wypadłem nieźle. Dobiegłem do mety z wyraźnym zapasem sił, co było pewnie konsekwencją dość wolno pokonanych pierwszych kilometrów, które pokonałem w niesamowitej ludzkiej ciżbie.  


 

30/05/09

 Pogoda nietęga,dokładająca swoje co nieco do ogólnej niechęci powstałej pewnie za przyczyną piątkowej niesportowej całkiem hulanki. A tu trzeba biec biegać... Gdybym nie zapisał się wcześniej, gdyby dystans nie wynosił zaledwie 5 km, gdybym miał ścigać się gdzies indziej, odpuściłbym. Ale nie pobiec, choćby na kacu, w SWOIM parku?! Zabawa nie była aż tak dobra, bym taka straszną sytuację mógł dopuścić do myśli. 

Trasa biegu, "II Biegu Szczęścia" to 5 kilometrów, dwie pętle doookoła parku, z dwoma równymi podbiegami, każdy po około 15 metrów. Przeprany w koszulkę klubu biegowego "Biegamy z Ochotą" startuję. Najpierw, na pierwszych metrach, oczywiście, ciasno, ale szybko się przerzedza a ja podążam za Robertem z "Biegamy z Ochotą" oraz za pięknymi, opalonymi nogami niewysokiej dziewczyny śmiało biegnącej przede mną.

5 kilometrów to dystans niemal sprinterski. Niektórzy pokonali go w 16 minut. Mi zajać to musiało nieco wiecej: 20:58. Na ostatniej prostej przegoniłem co prawda Eleganckie Nogi, co dałoby mi podium (gdybym zdecydował sie zostać kobietą;)) , ale i tak dałem sie przegonić 28 uczestnikom tego biegu. Nastepnym razem - będzie lepiej. Albo gorzej.

P.S. Nastepnym razem było jednak lepiej. W tym, 2010, roku przebiegłem dystans w 20:27:)